Przez osiem lat nigdy w niego nie zwątpiła. Rachel nie była typem osoby, która kłamie. Przeszła przez wszystko – stratę, leczenie, nadzieję – i nie poddała się.
Więc nic nie miało sensu.
Chyba że stało się coś niemożliwego.
Mijały tygodnie, a wątpliwości stawały się nie do zniesienia. Pewnego ranka, wiedziony strachem, Ethan podjął decyzję, której później żałował.
Wziął smoczek dziecka, zamknął go w torbie i wysłał do prywatnego laboratorium DNA.
Dziesięć dni.
Dziesięć dni cichej tortury.
Gdy nadeszły wyniki, trzęsły mu się ręce, gdy otwierał plik.
Prawdopodobieństwo ojcostwa: 0,00%.
Siedział nieruchomo. Z drugiego pokoju Rachel cicho się śmiała, karmiąc dziecko – dźwięk, który kiedyś go uspokajał, teraz napełniał go dezorientacją i bólem.
Jego myśli krążyły w zawrotnym tempie.
Pytania przerodziły się w podejrzenia.
Przez wiele dni nic nie mówił. Krążył po domu jak obcy, unikając jej wzroku.
Aż nagle, podczas rodzinnego obiadu w domu jego matki, coś się zmieniło.
Mama Rachel przytuliła dziecko i uśmiechnęła się. „Taki śliczny… Ten mały nosek. Kto to jest?”
Nastąpiła krótka pauza.
Potem śmiech.
Rachel uśmiechnęła się niezręcznie. „Może po dziadkach”.
Ale Ethanowi to wystarczyło.