Pierwszą rzeczą, którą zauważyłem, była pauza.
Był mały – ledwie na chwilę – akurat na tyle długi, by kobieta przy wejściu przestała wyglądać jak każda inna pogodna pracownica, której praca zależała od uśmiechu i cierpliwości. Miała w sobie tę wyćwiczoną jasność, kiedy brała bilety, tak jak ludzie, którzy dziesięć tysięcy razy powtarzają „witamy”, a mimo to wciąż próbują sprawiać wrażenie, jakby to było pierwsze. Przeskanowała pierwszy i bez namysłu skinęła głową. Przeskanowała drugi i coś się poruszyło w jej oczach.
Jej uśmiech nie opadł jak kurtyna. Zrzedł. Zawahał się. Musiał znaleźć nowy kształt.
Świat wokół nas płynął niczym rzeka, która nie wiedziała, że za chwilę minie skałę. Rodziny pędziły naprzód zrywami, wózki skrzypiały, dzieci ciągnęły, rodzice byli już w połowie rozproszeni mapami, ekranami telefonów i gorączkową logistyką, by magia działy się zgodnie z planem. Rozbrzmiewała muzyka – radosna, pogodna, znajoma w taki sposób, że ma dawać poczucie, że wszystko jest tu bezpieczne. Balony kołysały się. Ludzie się śmiali. Gdzieś dziecko wrzasnęło z zachwytu i oburzenia na temat kapelusza.
Przed nami bliźniaki mojej siostry podskakiwały na piętach, jakby ktoś je nakręcił i puścił. Ściskały czerwone koperty, które rodzice wcisnęli im do rąk przy śniadaniu, niczym losy na festyn. Były już w połowie drogi przez bramki, pochylone do przodu, jakby radość miała fizyczną grawitację.