Odrzucona w wywiadzie z powodu starych i zniszczonych ubrań, biedna młoda kobieta nie przypuszczała, że wszystko, co przeżyła, stało się przedmiotem troski potężnej dziedziczki.
Deszcz bezlitośnie walił w szyby imponującego budynku korporacyjnego Grupy Tabáres, jakby samo niebo płakało za niesprawiedliwością, która właśnie wydarzyła się na parterze. Marisol de Campos, z szorstkimi od pracy dłońmi i sercem ciężkim od rozczarowania, podniosła CV z mahoniowego stołu. Kobieta siedząca naprzeciwko niej, nienagannie ubrana w perłowoszary, szyty na miarę garnitur, nie miała nawet na tyle przyzwoitości, by spojrzeć jej w oczy, gdy ogłaszała werdykt.
—Przykro nam, panno de Campos. Pani profil nie pasuje do wizerunku, jaki staramy się kreować w tej firmie.
To zdanie zawisło w zimnym biurowym powietrzu, brzemienne okrutnym podtekstem, który Marisol doskonale rozumiała. To nie dyplom ukończenia studiów na UNAM, zdobyty z wyróżnieniem i po nieprzespanych nocach, jej brakowało. Nie chodziło o doświadczenie, listy polecające ani biegłą znajomość angielskiego i francuskiego. Chodziło o białą bluzkę, czystą, ale prostą, kupioną na targu trzy lata wcześniej. Chodziło o granatową spódnicę, której postrzępione brzegi skrzętnie naprawiła poprzedniego wieczoru. Chodziło o buty, znoszone od wielokilometrowych spacerów, żeby zaoszczędzić na biletach autobusowych.
—Rozumiem. Dziękuję za poświęcony czas — odpowiedziała Marisol z godnością, która boleśnie kontrastowała z upokorzeniem, które paliło ją w policzkach.
Wstała, wyprostowała plecy i ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę wyjścia, nie pozwalając im zobaczyć ani jednej łzy. Marisol nie wiedziała, nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak to jest, gdy przechodziła przez marmurowy hol, czując się mała i nic nieznacząca, że scena ta nie pozostała niezauważona.