„Zadzwoń do niej” – powiedział Antonio, oddając teczkę. „Powiedz jej, żeby przyszła jutro”. „Ale proszę pana, już panu powiedzieliśmy, żeby pan nie. Poza tym stanowisko analityka jest już obsadzone…” „Nie chcę jej jako analityka” – przerwał mu Antonio, odwracając się, by spojrzeć przez okno na ulicę, gdzie drobna postać ze złamanym parasolem odchodziła w deszczu. „Chcę ją do mojego osobistego biura. Jako asystentkę kierowniczą”.
Ramón zbladł. „Panie Tabáres, to stanowisko wymaga… taktu, wizerunku, kontaktów towarzyskich…” „To stanowisko wymaga kogoś, komu mogę zaufać, Ramón. Kogoś, kto nie cofnie się przy pierwszym sygnale kłopotów. Kogoś prawdziwego. Zadzwoń do niej natychmiast”.
Marisol była już w autobusie, z czołem przyciśniętym do zimnej szyby, obserwując miasto rozmywające się w ulewie. Pomyślała o swojej matce, Elenie, czekającej w domu, z nadzieją w oczach. Jak mogła jej powiedzieć, że znów zawiodła? Jak wytłumaczyć, że świat nie ceni wysiłku, a pozory? Telefon wibrował jej w kieszeni. Nieznany numer.
Zawahała się, ale odebrała. Głos po drugiej stronie był napięty, wręcz niechętny. „Pani de Campos? Tu asystentka prezesa Grupo Tabáres. Nastąpiła… zmiana planów. Pan Antonio Tabáres prosi o pani obecność jutro punktualnie o dziewiątej. Osobiście”.
Serce Marisol podskoczyło gwałtownie. Antonio Tabáres? Właściciel? Człowiek, który pojawiał się w magazynach biznesowych jako „Złoty Kawaler” i rekin finansów? To musiała być pomyłka. Albo okrutny żart.
„Panie Tabáres?” – zapytała drżącym głosem. „Po co?” „Na rozmowę kwalifikacyjną, proszę pani. Proszę się nie spóźnić”.
Połączenie zostało przerwane. Marisol wpatrywała się w telefon oszołomiona. Ogarnęła ją mieszanka strachu i nadziei. Wiedziała, że to jej ostatnia szansa, ratunek, którego potrzebowała, zanim zatonie. Ale wiedziała też, że idzie prosto do jaskini lwa, na sam szczyt szklanej wieży, która właśnie ją wypluła.
Po przybyciu do małego mieszkania powitał ją zapach gorącej zupy i lekarstw. Jej matka kaszlnąła z sypialni, ale uśmiechnęła się, gdy weszła. „Jak poszło, moje dziecko?”
Marisol wzięła głęboki oddech, tłumiąc strach. „Jutro mam kolejną rozmowę kwalifikacyjną, mamo. Z właścicielem”.
Oczy Eleny rozbłysły. Pomimo choroby, która wysysała z niej siły, z trudem podniosła się na nogi i podeszła do starej drewnianej szafy. „Więc potrzebujesz tego” – powiedziała, wyjmując plastikową koszulkę. „Należała do twojej cioci Carmen. Zachowałam ją na specjalną okazję. Myślę, że ta okazja jest dzisiaj”.