„Najpierw porozmawiamy z panią Moore.”
Lśniące buty mojego ojca zostały pozostawione na podłodze.
„Chcę mojego prawnika.”
„Możesz zadzwonić” – powiedział. „To nie jest sala sądowa. To kontrola bezpieczeństwa w szpitalu”.
O 14:41 siedziałem sam naprzeciwko trzech osób przy prostokątnym stole, na którym stał dzbanek z wodą, którego nikt nie tknął.
W sali konferencyjnej unosił się delikatny zapach markerów suchościeralnych, kawy spalonej na grzejniku i gumowatego zapachu nowych teczek. W kącie, przyciszony telewizor odtwarzał komunikaty szpitalne. Nawiew dmuchnął zimnym powietrzem w moje nadgarstki.
Siwowłosa administratorka przedstawiła się jako Marjorie Kent, kierownik działu etyki szpitala. Obok niej siedziała Priya, pracownica socjalna ds. transplantacji, a lekarz prowadzący trzymał przed Danielem zamkniętą dokumentację medyczną.
Dłonie Priyi spoczywały płasko na żółtym notatniku.
„Panno Moore” – powiedział – „musimy się upewnić, że jest pani tu z własnej woli”.
“Ja jestem.”
„Czy ktoś ci kiedyś groził?”
“Nie.”
„Obiecałeś pieniądze?”
“Nie.”
„Czy wykorzystałeś poczucie winy, zobowiązania rodzinne lub dostęp do innej osoby jako swoją przewagę?”
Spojrzałem na metalową pokrywkę dzbanka z wodą. Jej odbicie przecięło mi twarz na pół.