Obaj administratorzy szpitala stali za lekarzem, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
Jeden z nich miał na sobie granatowy garnitur i trzymał teczkę z napisem „PILNA RECENZJA”. Drugi miał siwe włosy, okulary bez oprawki i spokojny wyraz twarzy, typowy dla ludzi, którzy szykują się do wydania płyty.
Palce mojej matki wciąż zaciskały się na ramieniu ojca. Skóra pod paznokciami zmieniła kolor z różowego na fioletowy.
Daniel patrzył na mnie ze swojego wózka inwalidzkiego.
„Jaki powód prawny?” zapytał.
Wydobyło się to z jego ust cienkim, suchym głosem. Przezroczysta rurka zwisała z otworu w pobliżu obojczyka. Koc zsunął mu się z jednego kolana i nikt nie ruszył się, żeby go poprawić.
Lekarz początkowo nie odpowiedział.
Spojrzała na mnie. „Pani Moore, czy jest pani gotowa kontynuować rozmowę na temat etyki w sali konferencyjnej C?”
Mój ojciec wstał zbyt szybko. Nogi krzesła zaskrzypiały na płytkach.
„To absurd” – powiedział. „Przyjechał tu, żeby oddać krew. Nie dzielimy się naszymi prywatnymi finansami z obcymi”.
Siwowłosy administrator otworzył swoją teczkę.
„Panie Moore” – powiedział – „zespół transplantacyjny pańskiego syna nie może zaakceptować spokrewnionego dawcy na podstawie udokumentowanych obaw o przymus bez wcześniejszej analizy”.
„Siła?” Usta mojej matki zadrżały na to słowo.
Spojrzenie dyrektora powędrowało w moją stronę, a potem znów w stronę moich rodziców.