Nie odpowiedziałem szybko.
Za matową szklaną ścianą cień mojego ojca przesuwał się w tę i z powrotem. Jego ręka z telefonem unosiła się do ucha. Mama siedziała na krześle, ściskając torbę w obu dłoniach. Daniel stał przy oknie, z opuszczoną głową, zbyt chory, by chodzić tam i z powrotem, i zbyt przestraszony, by spojrzeć jej w oczy.
„Przyszedłem tu, bo Daniel umiera” – powiedziałem. „Oddałem krew, bo potrzebowałem faktów, a nie zemsty”.
Priya skinęła głową.
„Ale?” zapytała Marjorie.
Sięgnęłam do torby i wyjęłam małą kopertę.
Był kremowy i sklejony spinaczami zamiast kleju. Caleb dał mi go rano na lotnisku. Nie kazał mi go używać. Powiedział tylko: „Weź go tam, gdzie znajdziesz rękę”.
Położyłem to na stole.
„To stwierdzenie jest sednem sprawy.”
Marjorie otworzyła.
W środku znajdował się poświadczony notarialnie list od byłego doradcy finansowego mojego ojca.
Nazywał się Paul Redding. Przeszedł na emeryturę w Tampie dwa lata wcześniej. Zadzwonił do mnie sześć miesięcy po tym, jak zerwałem kontakt z rodzicami, nie po to, żeby mnie pocieszyć, ale żeby powiedzieć mi coś, czego jego sumienie nie mogło już znieść.
Dołączyli wyciągi bankowe.
Moi rodzice nie byli w stanie pomóc Emmie.