Otworzyłem.
Pierwsza strona była napisana przez psychologa dziecięcego i pełna była klinicznego języka opisującego niestabilność i obawy dotyczące mojej zdolności do kontrolowania sytuacji.
Wtedy przypomniałam sobie słowa mojej córki o „miłej pani”, która zadawała pytania.
Poniższy dokument potwierdzał jego zapisanie do szkoły prywatnej.
W Europie.
Szkoła z internatem.
Mieli zacząć w ciągu tygodnia – kiedy byłam w podróży poślubnej.
Ale najgorsze było to ostatnie.
Dokument prawny dający Richardowi prawo do podejmowania decyzji dotyczących moich dzieci.
Z podpisem ojca.
Człowiek, który opuścił nas wiele lat temu.
W jakiś sposób Richard go odnalazł i przekonał do podpisania.
Następnego ranka trzymałem teczkę w ręku.
Położyłem to przed Richardem.
„Myślisz, że to daje ci prawo wysłać moje dzieci bez mojej wiedzy?” – zapytałam.
Zmarszczył brwi. „Chciałeś dla nich lepszych możliwości”.
„Nie tak” – warknąłem.