I jakoś zawsze poprawiało to nastrój.
Tata powiedział, że powinienem być dumny ze swojej uczciwej pracy. Wierzyłem mu. I gdzieś na drugim roku studiów złożyłem sobie cichą obietnicę: uszczęśliwię go tak bardzo, że wymażę każdy niemiły komentarz, jaki kiedykolwiek na jego temat wygłosili.
W zeszłym roku u mojego ojca zdiagnozowano raka. Pracował tak długo, jak pozwalali mu lekarze – szczerze mówiąc, dłużej, niż zalecali.
Kilka popołudniami widziałem go opierającego się o spiżarnię. Wyglądał na wyczerpanego.
W chwili, gdy mnie zauważył, wyprostował się i uśmiechnął. „Nie patrz tak na mnie, kochanie. Nic mi nie jest”.
Ale to nie było właściwe i oboje o tym wiedzieliśmy.
Po pracy, siedząc przy kuchennym stole, powtarzał: „Muszę tylko zdążyć na bal maturalny. A potem na twoje zakończenie szkoły. Chcę cię zobaczyć wystrojoną, wychodzącą przez drzwi, jakbyś była właścicielką całego świata, księżniczko”.
„Tato, zobaczysz o wiele więcej” – zawsze mówiłem.
Ale kilka miesięcy przed balem maturalnym przegrał walkę z rakiem. Zmarł, zanim zdążyłam dotrzeć do szpitala.
Zauważyłem go stojącego na korytarzu szkolnym, wciąż z plecakiem na ramieniu.
Pamiętam tylko wyraźnie, że wpatrywałem się w linoleum i myślałem, że wygląda dokładnie tak samo jak mop, którym tata je mył. Potem wszystko się rozmyło.
Tydzień po pogrzebie przeprowadziłam się do ciotki. W pokoju gościnnym unosił się zapach cedru i płynu do płukania tkanin – zupełnie nie przytulnie.
Potem nadszedł sezon balów maturalnych.
Nagle wszyscy znów zaczęli rozmawiać o ubraniach. Dziewczyny porównywały markowe marki i pokazywały zrzuty ekranu ubrań, które kosztowały więcej niż mój tata zarobił w mie