Lekarz kontynuował, wyjaśniając zagrożenia, konieczność monitorowania i możliwe powikłania, używając takich słów jak groźba poronienia lub konieczność leżenia w łóżku.
Nic nie było pewne.
Nie ma strat.
To nie jest bezpieczeństwo.
Tylko to, co kruche, teraźniejszość.
Lucie wpatrywała się w ekran, jakby mrugnięcie mogło sprawić, że błysk zniknie.
Spojrzałem na niego.
W pocie tuż przy linii włosów.
Noszenie koszuli nocnej na lewej stronie pod rozpiętą kurtką.
Do kobiety, której prawie nie zrozumiał w chwili, gdy najbardziej potrzebował, by się w nim kołysała.
Po badaniu przeniesiono go do małego pokoju obserwacyjnego z wąskim oknem.
Świt zaczynał barwić niebo nad parkingiem szpitalnym na szaro.
Pielęgniarka kazała mi napić się kawy, pooddychać i usiąść, zanim upadnę.
Nic takiego nie zrobiłem.
Stałem przy łóżku, podczas gdy Lucie odpoczywała, jedną rękę wciąż trzymając na jej brzuchu.
Mój telefon wciąż był wyłączony i leżał w kieszeni, ciężki jak kamień.
Gdy znów otworzył oczy, pokój wypełniło światło świtu.
W tym świetle wyglądał młodziej.
I jeszcze dalej.