Roman chwycił klucz, jakby odbierał mu broń.
„I więcej tu nie przychodź.”
Pani Helena zaczęła płakać.
„Kuba…”
Chłopiec zrobił krok w jej stronę, ale Roman zastąpił mu drogę.
„Powiedziałem: wyjdź.”
Kuba postawił szklankę na stole. Woda rozlała się trochę na obrus. Chciał powiedzieć, że nie wziął pieniędzy. Chciał powiedzieć, że pani Helena boi się spać przy zgaszonej lampie. Że jej leki leżą w kuchni w zielonym pudełku, a nie w szafce łazienkowej, bo tam często zapominała zajrzeć. Że zupa w lodówce jest za słona, bo wczoraj sam ją podgrzewał i próbował poprawić makaronem.
Ale miał dziesięć lat.
Dorośli stali nad nim jak ściana.
Wyszedł.
Na werandzie usłyszał jeszcze, jak kobieta w czerwonym szalu mówi:
„Trzeba jak najszybciej zabrać dokumenty. Dom jest wart więcej, niż myślałam.”
Kuba zatrzymał się przy furtce.
Nie zrozumiał wszystkiego.
Ale zrozumiał jedno: pani Helena została sama z ludźmi, którzy nie pytali, czy chce pić.
Tego wieczoru padał deszcz. Kuba siedział przy kuchennym stole w mieszkaniu swojej mamy i patrzył na swoje mokre trampki.
Mama wróciła późno z pracy w przychodni, zmęczona, z włosami związanymi byle jak i torbą pełną rachunków.
„Kuba, dlaczego nie jesz?”
Nie odpowiedział.
Podeszła bliżej i zobaczyła jego twarz.
„Co się stało?”
Wtedy pękł.
Opowiedział wszystko, szlochając tak mocno, że słowa mieszały mu się z oddechem. O Romanie. O kluczu. O pieniądzach. O tym, że nie pozwolili mu nawet poprawić pani Helenie koca.
Mama długo milczała.