Wylali mi na głowę lodowatą wodę i śmiali się, że w końcu oczyścili mnie poprzez dobroczynność… Nie mieli pojęcia, że potajemnie jestem właścicielem wartej miliardy dolarów grupy, która kontroluje ich świat, a dziesięć minut później ci sami ludzie klęczeli i błagali mnie, żebym ich nie niszczył.
„Do kogo dzwonisz?” zapytała Mathilde, mieszając wino. „Po pomoc psychologiczną?”
„Uważaj” – odpowiedziała Diane lekko. „Jeśli naprawdę zacznie płakać, znów będziemy musieli zagrać kartą litości”.
Adrien odchylił się na krześle.
„Cassandra, nie rób z tego dramatu.”
Prawie poczułem potrzebę uśmiechu.
Było coś głęboko poruszającego w tym, jak słabi ludzie zawsze błagali o ucieczkę przed tragedią, zaraz po tym, jak podpalili lont. Nigdy nie pragnęli pokoju. Chcieli tylko, żeby ich okrucieństwo pozostało bezkarne.
Nacisnąłem imię Arthura.
Odebrał po dwukrotnym zadzwonieniu.
„Kasandra?”
Jego głos natychmiast się zmienił.
Arthur Delatour zajmował się moimi sprawami prawnymi od sześciu lat. Słyszał mnie wściekłego, wyczerpanego, lodowatego, strategicznego, a czasem nawet dowcipnego. Słyszał też kiedyś, jak po pogrzebie ojca byłem tak zdruzgotany, że nie mogłem wypowiedzieć ani jednego zdania bez zadyszki. Ale głos, który wydobyłem z siebie tego wieczoru, był czymś, czego prawie nigdy nie słyszał. Brzmiał bardziej płasko niż gniew. I o wiele groźniej.
„Arthur” – powiedziałem. „Aktywuj protokół siódmy”.
Pozostał milczący.
Nie dlatego, że tego nie rozumiał.
Ponieważ rozumiał to doskonale.
Gdy w końcu przemówił, ostrożnie kontrolował swój głos.
Jesteś pewien?
Uśmiech Adriena po drugiej stronie stołu nieco przygasł. Nie rozumiał kontekstu, ale rozpoznał ton. Przez lata przewodniczył zarządom pełnym ludzi, których osobiście awansowałem, upomniałem lub zwolniłem. Rozpoznał zapach korporacyjnego zagrożenia, choć jeszcze nie rozumiał jego źródła.
.
„Tak” – odpowiedziałem. „Wchodzi w życie natychmiast”.