Dziesięć minut później ratownicy medyczni wpadli do mojego mieszkania. Miałam już zdrętwiałe usta, czułam ucisk w klatce piersiowej i ledwo mogłam utrzymać przytomność. Na ostrym dyżurze, po podaniu mi adrenaliny i tlenu, ratownik medyczny o imieniu Daniel powiedział mi prawdę: niczego sobie nie wyobrażałam. Poziom tlenu był niebezpiecznie niski. O mało nie umarłam. A telefon od Harpera spowolnił pośpiech w akcji ratunkowej.
To byłby najgorszy moment w moim życiu.
Nie było.
Najgorsze było to, że zdałem sobie sprawę, że wszystko nie zaczęło się od muffinki.
Cztery tygodnie wcześniej moja babcia, Eleanor, miała udar. Jako pierwsza przybyłam do szpitala i byłam przy niej, gdy zapadła w śpiączkę. Przez lata to ja ją odwiedzałam, pomagałam jej i opiekowałam się nią. Moja mama przychodziła rzadko. Harper jeszcze rzadziej.
Kiedy w końcu dotarli, moja matka nie pytała o mnie. Zapytała o testament.
Następnego dnia miał „spotkanie rodzinne”. Chodziło o to, żeby powierzyć Harper dowodzenie – żeby została jego asystentką medyczną. Potem mimochodem wspomniał o urodzinach Harper.
Byliśmy bliźniakami.
Tego samego dnia urodziny.
W tej samej rodzinie.
„Co się stanie z moim?” zapytałem.