Aż pewnego dnia miał rację.
„Mrożona kawa, dwie kostki cukru, kleks śmietanki” – powiedział z dumą.
Zaśmiałem się. „Skąd wiedziałeś?”
„Słuchałem” – przyznał z uśmiechem. „Mogę ci to podać?”
Nie miałem pojęcia, że ta prosta chwila doprowadzi mnie kiedyś do korytarza.
Wkrótce siedzieliśmy razem przy tym samym małym stoliku, śmiejąc się z ciasteczek.
Opowiedział mi o swojej pracy w IT, o swojej miłości do klasycznych filmów i o tym, jak zajęło mu tygodnie, zanim zebrał się na odwagę, żeby ze mną porozmawiać.
Od tego momentu wszystko wydawało się naturalne.
Ed był troskliwy w ważnych sprawach. Zamiast drogich prezentów, przyniósł mi wyjątkowe słoneczniki, bo wiedział, że je kocham. Organizował proste pikniki, pamiętał o moich ulubionych potrawach i przychodził z lodami, kiedy miałam zły dzień.
Przez dwa lata dawał mi poczucie, że ktoś mnie dostrzega.
Następnie poprosił ją o rękę.
Szliśmy po molo o zachodzie słońca, gdy nagle zatrzymał się, uklęknął na jedno kolano i zaprosił mnie do swojego domu.
Nie wahałem się.