„To dowodzi wystarczająco” – warknął Walter głośniej niż kiedykolwiek go słyszałem. „A nagranie dowodzi reszty”.
Diane odepchnęła krzesło tak mocno, że zaskrzypiało na podłodze. „Walter, nie mów do niej w ten sposób. Musimy się uspokoić”.
„Uspokój się?” powtórzył. „Pozwoliłeś jej tak mówić do dziecka”.
Poczułam ucisk w piersi, gdy powiedział „dziecko”. Nie wnuczka. Nie Sophie. Po prostu dziecko. Nadal bolało, ale zrozumiałam – to było jedyne słowo, jakie zdołał wykrztusić ze wstydu.
Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie. Robert wyszedł na chwilę i wrócił z wysoką kobietą w grafitowym płaszczu, niosącą skórzaną teczkę. Przedstawiła się jako Amanda Pierce, jego prawniczka. Jej wyraz twarzy był spokojny, rzeczowy – bez ciekawości czy dramatyzmu – co sprawiało, że wszystko wydawało się jeszcze poważniejsze.
Claire zaśmiała się krzywo. „To śmieszne. Czy teraz jesteśmy w filmie?”
Amanda położyła teczkę na kredensie. „Nie, pani Bennett. W filmie ludzie działają bez dowodów. Pan Bennett wszystko udokumentował”.
Wtedy zdałem sobie sprawę, jak długo Robert dźwigał to sam.
Odwróciłam się do niego. „Sześć tygodni?”
Zacisnął szczękę. „Koperta dotarła do mojego biura w poniedziałek po szkolnym koncercie Sophie. Brak adresu zwrotnego. Fałszywe wyniki badań. Notatka z napisem: »Zapytaj żonę, skąd Sophie ma zielone oczy«”.
Zamknąłem na chwilę oczy. Sophie miała moje oczy. Robert żartował, że miała jego upór i moje spojrzenie.
„Chciałem ci to pokazać od razu” – kontynuował, a jego spokój zadrżał – „ale wiedziałem, że nawet gdybyś wiedział, że to nieprawda, byłoby ci przykro. Więc wszystko zweryfikowałem, zatrudniłem Amandę i poprosiłem tatę, żeby włączył kamery wewnętrzne przed dzisiejszym wieczorem”.