Usiadłem obok niego na łóżku.
Powiedział: „Nigdy nie chciałem, żeby moje dzieci się kłóciły z mojego powodu”.
Spojrzałem na swoje dłonie.
„Oni nie kłócą się o ciebie.”
Odwrócił głowę.
W pokoju było ciemno, ale nie na tyle, by ukryć prawdę.
„Walczą wokół mnie” – powiedziałem. „To jeszcze gorsze”.
Nie odpowiedział.
Po minucie zapytał: „Czy zrobiłem coś złego?”
To pytanie niemal pozbawiło mnie tchu.
Nie chodzi o to, że nie myślałem o tym wcześniej.
Bo wiedziałem, że tak jest.
Milczące matki obwiniają siebie za pogodę.
W każdej burzy stają się ich dzieci.
„Nie” – powiedziałem zbyt szybko.
Potem wolniej.
„Nie, mamo.”
Nadal patrzył w górę.
„Kochałem was wszystkich jednakowo” – wyszeptał.
Trzymałem go za rękę.
Wydawał się cienki.
Ale mimo wszystko było w tym coś niezwykłego.
Coś stabilnego.