Tylko ten chłód, który czułam, gdy byłam już pewna tego, co mówię.
Otworzył więc plik.
Najpierw zobaczył zrzuty ekranu.
Rozmowy między Camille a kontaktem zarejestrowanym pod pseudonimem „L. Moreau”. Na początku nie rozumiał. Potem rozpoznał daty.
Pochodziły z tych samych tygodni, kiedy wybierała zaproszenia ślubne, przymierzała suknię i publikowała w internecie posty o prawdziwej miłości.
Pierwsza wiadomość, którą przeczytał, brzmiała:
Jeszcze tylko kilka tygodni. On podpisze wszystko albo jego matka się podda, a potem zobaczymy.
Druga:
Ciąża zrobiła większość roboty. Wpada w panikę, gdy tylko wspominamy o dziecku.
Trzecie pytanie sprawiło, że zbladła:
Nie spędzę życia z takim facetem. Chcę po prostu odejść z tego świata w czystości, z jak największą liczbą osób.
Henry poczuł, jak ziemia pod nim drży.
Camille, stojąca przy ołtarzu, zobaczyła, jak jej twarz się zmienia.
„Co się stało?” – mruknęła z tym wymuszonym uśmiechem, który pojawia się, gdy przeczuwasz zbliżającą się katastrofę, ale wciąż nie możesz w nią uwierzyć.
Henry nie odpowiedział.
Przejrzał załączniki.
Następnie była kopia rzekomego zaświadczenia lekarskiego, które pokazała mu kilka miesięcy wcześniej. Obok znajdowało się oświadczenie podpisane przez komornika, wskazujące, że adres gabinetu wymieniony w dokumencie odpowiada pustemu miejscu od ponad roku. Dalej, w korespondencji mailowej między moim notariuszem a Radą Lekarską stwierdzono, że lekarz, którego podpis widniał na dokumencie, jest na emeryturze od ośmiu miesięcy.
Następnie wyciąg z banku.
Oburzające wydatki.