Nikt tam nie wiedział, że Gran Hotel Alborada – okazały marmurowy budynek z wysokimi żyrandolami i pokojami zarezerwowanymi na wiele miesięcy naprzód – należy do mnie od trzech lat.
Nigdy o tym nie wspominałem. Nigdy nie lubiłem definiować siebie poprzez bogactwo. Mój dziadek powiedział mi kiedyś coś, czego nigdy nie zapomnę:
„Nigdy nie mów ludziom, co masz. Obserwuj, jak cię traktują, gdy myślą, że nic nie masz”.
Tej nocy w końcu zrozumiałem dlaczego.
Kiedy weszłam do sali balowej, wzniesiono toast. Daniela stała pośrodku, lśniąc w złotej sukni, z wyćwiczonym uśmiechem. Andrés dostrzegł mnie z drugiego końca sali i pomachał mi lekko, ale nie podszedł. Może był zajęty. Może coś innego. Nie byłam w stanie stwierdzić.
Podszedłem, żeby ją powitać.
„Witaj, Daniela. Gratulacje.”
Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. Uśmiech pozostał na jej twarzy, ale wzrok się zmienił.
„Och… jesteś siostrą Andrésa.”
„Tak. Jestem Valeria.”
„Oczywiście” – powiedziała, ledwo dotykając mojej dłoni. „Ten ze wsi”.
Kilkoro jej przyjaciół cicho się zaśmiało.
Zachowałem spokój. „Tak. Tamten.”
Pochyliła się bliżej, udając, że mówi prywatnie, ale wystarczająco głośno, by inni mogli ją usłyszeć.
„Powinnaś była nam powiedzieć, że przyjdziesz tak ubrana. To formalne wydarzenie.”
Spojrzałam na moją sukienkę — prostą, ciemnoniebieską, czystą i elegancką na swój sposób.
„Uznałem, że to stosowne”.
Lekko zmarszczyła nos. „Cóż… może z powodu twojego pochodzenia”.