Odpowiedziałem na głośniku.
„Richard” – powiedział spięty i natarczywy – „nie ufaj Mercerowi. Jestem w garażu szpitalnym. Mam kopie wszystkiego. Ludzie mnie śledzą”.
Za nim rozległ się huk. Kroki.
„Danielu, posłuchaj mnie” – powiedziałem. „Emily żyje”.
Cisza. Potem stłumiony oddech.
“Boże.”
„Idźcie do południowych schodów!” – krzyknął Ortiz z holu. „Teraz!”
Przeprowadziliśmy się.
Alanowi udało się przejść zaledwie jakieś trzydzieści jardów, zanim ochrona i funkcjonariusze otoczyli go w pobliżu stanowiska pielęgniarek. Zanim dotarliśmy do klatki schodowej, leżał już na podłodze w kajdankach.
Daniel wpadł z dołu — poobijany, wstrząśnięty, ale żywy.
Emily załamała się w chwili, gdy go zobaczyła.
Nie ze strachu.
Z ulgą.
Przeszedł przez korytarz i uklęknął przed nią. Nie dotknął jej, dopóki nie skinęła głową. Potem przytulił ją, jakby miała zniknąć.
„Myślałem, że mu wierzysz” – powiedział.
„Tak” – wyszeptała. „Dopóki nie próbował mnie zabić”.
Ortiz wziął pendrive’a i spojrzał na nas troje. „To wystarczy. Nazwiska, płatności, dane z testów, łapówki. Mercer skończony. A jeśli to się zgadza z tym, co Daniel nam już dał, VasCor też jest skończony”.
Później, tuż przed świtem — po złożeniu zeznań, po oczyszczeniu i zamknięciu ran Emily, po aresztowaniu Alana Mercera przez FBI — usiadłem przy łóżku mojej córki i patrzyłem, jak śpi.
Zemsta, którą sobie wyobrażałem, nigdy nie nadeszła taka, jakiej się spodziewałem.
Mój zięć nie był potworem.
Potwór stał u mego boku przez dwadzieścia lat, darzy mnie zaufaniem, pracuje u mego boku na salach operacyjnych, jednocześnie traktując ludzkie życie jak inwentarz.
Daniel wszedł cicho i podał mi kawę.