„Mara” – powiedział cicho – „zdjął z ciebie kołdrę?”
Spojrzałam na Colina.
Jego wzrok mnie ostrzegał.
Tym razem nie posłuchałam.
„Tak”.
Mama na sekundę zamknęła oczy.
Potem wyjęła telefon.
Colin zrobił krok naprzód. „Co robisz?”
„Najpierw zadzwonię do gabinetu dr. Whitmana. Potem, w zależności od tego, co powie moja córka, może na policję”.
„Na policję?” warknął. „Za koc?”
„Za narażenie na niebezpieczeństwo pacjenta po operacji” – powiedział. „Za zastraszanie. Za cokolwiek innego, o czym wstydziłaś się mi powiedzieć”.
Słowo to roztrzaskało się.
Wstyd.
Wstydziłam się. Nie za Colina, jakoś, ale za siebie. Wstydziłam się, że wyszłam za mąż za mężczyznę, który uważał czułość za słabość. Wstydziłam się, że ukrywałam najgorsze części siebie, bo nie chciałam, żeby matka się martwiła.
Ashley pojawiła się w drzwiach, trzymając na biodrze małe dziecko.
„Co się dzieje?”
Odwróciła się do mamy. „Twój brat próbował wyciągnąć moją córkę z łóżka dzień po operacji kręgosłupa, żeby móc ci ugotować”.
Ashley otworzyła usta ze zdumienia.
Colin warknął: „Nie o to chodziło”.
„Ależ o to chodziło”.
W pokoju zapadła cisza.