Misza nie krzyczał. To właśnie słyszeli wszyscy, nawet ponad brzękiem kieliszków i cichą muzyką weselną.
Spojrzał po prostu na Romana, potem na stojącą obok niego kobietę i zapytał: „Tato, kim jesteśmy, akcesoriami?”
Przez chwilę nikt nic nie rozumiał. A może rozumieli zbyt dobrze i woleli, żeby w ogóle o tym nie usłyszeli.
Uśmiech nie znikał z twarzy Romana, lecz coś za nim drgnęło, jakby zasłona została zbyt szybko zasłonięta w brudnym oknie.
„O jakich bzdurach mówisz, Misza?” zapytał, kłaniając się lekko i używając łagodnego tonu, który zarezerwował dla nieznajomych.
Misha podszedł bliżej mojej nogi. Jego maleńkie paluszki chwyciły materiał mojej sukienki i nerwowo go skręcały.
„Mówiłeś, że się uzupełniamy” – wyszeptał. „Słyszałem, jak mama to mówiła, kiedy mężczyzna wyszedł”.
Kobieta przy stole z prezentami opuściła kieliszek. Ciotka Romana przestała poprawiać swój perłowy naszyjnik i spojrzała na mnie.
Wszystkie moje oczy spoczęły na moim ramieniu, ciężkie i zimne, ale nie oderwałam wzroku od syna.
Matwiej, który trzymał mnie za drugą rękę, spojrzał na brata i Romana, zdezorientowany nagłą ciszą.
„Marina” – powiedział Roman, wciąż się uśmiechając, choć teraz jego uśmiech wydawał się niemal bolesny. „Co powiedziałaś moim dzieciom?”
Moje dzieci. Zawsze używał tego zwrotu, gdy byli świadkami, jakby ojcostwo można było osiągnąć gramatycznie.