Z gardła Romana wydobył się dźwięk, coś w rodzaju śmiechu, coś w rodzaju ostrzeżenia. „Uważaj, Marina. Uczysz ich braku szacunku”.
„Nie” – powiedział cicho Eduard. „On uczy ich rzeczywistości”.
Roman nagle zwrócił się do niego. „Nie mówisz o mojej rodzinie”.
Twarz Eduarda się nie zmieniła, ale jego głos ostygł. „Rodziny zazwyczaj nie ukrywają skradzionych podpisów pod firmami-słupami”.
Słowa nie były głośne. Nie powinny. Spadły na białe obrusy niczym rozlany atrament.
Ilja zrobił krok naprzód. „Jakie to firmy-przykrywki?”
Roman uniósł obie ręce, uśmiechając się zbyt szybko. „Biznesowe bzdury. On nie wie, o czym mówi”.
Kira spojrzała wtedy na Romana. Nie na mnie, nie na Eduarda, ale na niego, szukając w jego twarzy czegoś znajomego.
Na początku byłam ciekawa, ile o niej wiedział. Nie jako o kolejnej kobiecie, którą znałam z koszmarów, ale jako o kobiecie bliskiej mi.
Może powiedział jej, że jestem niestabilny. Może powiedział jej, że dom to dług, rozwód jest łatwy, a dzieci są w porządku.
Być może powiedział jej te same prawdopodobne półprawdy, które kiedyś opowiadał mi przy herbacie, patrząc zmęczonym wzrokiem.
Ta myśl mu nie wybaczyła. Ale zmieniła formę mojego gniewu.
Eduard zdjął dokument i położył go na najbliższym stole, nie dramatycznie, lecz ostrożnie, z dala od kieliszka z winem.
„To kopia sieci handlowej domu przy ulicy Oriechowej” – powiedział.