Serce mi się ścisnęło na dźwięk tego imienia. Na ulicy Oriechowej, gdzie Misza po raz pierwszy przechadzał się między kuchennymi krzesłami.
Na ulicy Oriechowej, gdzie Matwiej naklejał naklejki na szafę, a Roman śmiał się, zanim nauczył się znosić hałas.
Kuzyn Romana podniósł gazetę, zanim Roman zdążył go powstrzymać. Jego wzrok przesunął się po stronie.
„Ta firma” – powiedział powoli Ilja. „Roman, jest zarejestrowana na brata Kiry”.
Twarz Kiry zbladła. Jej dłoń oderwała się od brzucha, po czym wróciła, niepewna i opiekuńcza.
Roman ruszył w stronę Ilji, ale Eduard stanął między nimi, nie podnosząc głosu ani ręki.
„Nikt nie formułuje wniosków prawnych w sali bankietowej” – powiedział Eduard. „Ale Marina nie podpisała tego, co jest w tych notatkach”.
Galina Pawłowna wyszeptała: „Roman”, i wreszcie jej głos nie był już władczy. Brzmiał staromodnie.
Spojrzał na swoją matkę, a to małe spojrzenie powiedziało mi więcej, niż wyznanie.
Wiedział coś. Może nie wszystko. Ale wystarczająco, żeby odwrócić wzrok, kiedy to zrobił, było to przydatne.
Pokój zdawał się rozszerzać wokół mnie. Żyrandole były nieco rozmazane, każdy kryształ krył w sobie maleńką, połamaną wersję nas samych.
Przypadkiem usłyszałem, jak muzyka zaczyna grać na nowo – nerwowa fraza na skrzypcach z głośnika, zanim ktoś go wyłączył.
Ten cichy, przypadkowy dźwięk przypomniał mi naszą starą kuchnię, Romana nucącego coś, gdy obok mnie podpisywał dokumenty bankowe.
Pamiętam, że znów zapytałam go, dlaczego ma kopię mojego paszportu, a on pocałował mnie w czoło, ale nie odpowiedział mi właściwie.
Przypomniałem sobie, jak bardzo byłem zmęczony w tamtym tygodniu, że Matwiej miał gorączkę, że Misza nie spał.