Galina Pawłowna wydała z siebie lekko obrażony dźwięk, taki sam, jaki wydawała, gdy prawda zbliżała się zbyt blisko jej biurka.
Eduard otworzył teczkę, ale dotknąłem jego palca, zanim zdążył cokolwiek wyjąć.
Jeszcze nie. Musiałem wiedzieć, czy wybieram sprawiedliwość, czy karę. Nie zawsze były to te same konsekwencje.
„Misza” – powiedziałam, klękając przed synem, chociaż sukienka była ciasna w kolanach.
Jego oczy były wilgotne, ale zdecydowane. Zbyt spokojne jak na dziecko, które powinno myśleć o torcie.
„To, co słyszałeś, było okropne” – powiedziałem mu. „I nigdy nie powinieneś był tego słyszeć”.
„Tata powiedział?” – zapytał.
W sali zamarło. Nawet kelnerzy przy drzwiach kuchni przestali przenosić tace.
Chciałam powiedzieć „nie”. Chciałam dać mu łagodniejsze kłamstwo, z którym mógłby sypiać jeszcze przez kilka lat.
Chciałam, żeby Roman był mniejszy niż to, co wyrządził, żeby moi synowie mogli go kochać, nie sprawiając mu jednak bólu.
Ale Roman stał nad nami w milczeniu, nie błagał swojego dziecka, nie zawstydzał go, tylko czekał na moją słabość.
„Tak” – powiedziałem w końcu. „Powiedział coś takiego. Ale to nie znaczy, że to prawda”.
Usta Miszy zadrżały. Matwiej podszedł bliżej, aż obaj chłopcy przytulili się do mnie.