Pamięć jest okrutna, bo powraca z zapachami, a nie argumentami. Lekarstwa dla niemowląt, mokre pranie, przypalone tosty, golenie Romana.
Chciałam wierzyć, że jest przytłoczony. Chciałam wierzyć, że stres sprawia, że ludzie stają się skryti.
Teraz wiara stanęła przede mną niczym stary, dziurawy płaszcz, a moje ręce wciąż pragnęły go utrzymać.
Roman podszedł bliżej i zniżył głos, aby w pomieszczeniu czuć było intymność, a nie zagrożenie.
„Marino, zastanów się dobrze” – powiedział. „Sąd będzie brzydki. Chłopcy będą cierpieć. Tego chcesz?”
Znów się pojawił. Podał mi konsekwencje, jakby nie budował ich cegła po cegle.
Spojrzałem na bliźniaków. Matwiej zaczął pocierać usta opuszkiem palca, na znak strachu.
Misza wpatrywał się w podłogę, na której leżał płatek białej róży, zgnieciony czyimś butem.
Mogłabym przestać. Mogłabym oddać papiery, przeprosić pannę młodą i powiedzieć wszystkim, że to prywatna sprawa.
Roman później nazwał go niezrównoważonym. Jego rodzina to powtórzyła. Chłopcy nauczyli się, że prawdę trzeba uciszyć.
Albo mógłbym tak ciągnąć dalej, a oni i tak pamiętaliby, jak ich matka przyniosła ból na salę weselną.
Żaden wybór nie jest jasny. To było najgorsze. Prawdziwe decyzje rzadko podejmowano sprawiedliwie.
Powoli wstałem. Kolana bolały mnie od klęczenia, drobny, codzienny ból, który jakimś sposobem pozwalał mi być obecnym.
„Nie będę już o tym tu rozmawiać” – powiedziałem. „To ślub Aliny i Ilji”.