Matka Caridad zatrzymała się przed małymi żelaznymi drzwiami obok ołtarza i zwróciła się w jego stronę.
„Ponieważ powinienem był tam pojechać wiele lat temu” – powiedział, a prawda w jego głosie przeraziła nawet ją.
Esperanza rozchyliła usta, ale nie zadała żadnego pytania.
Gdzieś nad nimi deszcz delikatnie, powoli i cierpliwie, uderzał o szybę.
Matka Caridad włożyła klucz do zamka, a dźwięk wydał się jej głośniejszy niż dzwonek na wieczorną modlitwę.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem, wypuszczając zimne powietrze pachnące kamieniem, starym woskiem i zapieczętowaną ziemią.
Tomas zaczął skomleć.
Esperanza pochyliła się, by go pocieszyć, ale jej własne ręce teraz się trzęsły, nie były już spokojne ani pewne.
Matka Caridad chciała zawrócić na jedną, ostatnią chwilę, by wybrać łaskę, która wydawała się opóźnieniem.
Potem przypomniało mu się badanie lekarskie, milczenie lekarza i trójka dzieci urodzonych w kłamstwie.
On zrobił pierwszy krok w dół.
Krypta była mała, miała niskie mury i imiona wyryte na starych kamiennych płytach.
Trumna ojca Anselma spoczywała pod wyblakłą szmatą, pod którą siostry co roku składały kwiaty.