Matka Caridad stała przed nim, czując ciężar każdej modlitwy, którą za niego wypowiedział.
„Było dobrze” – wyszeptał, choć nie wiedział już, czy mówi poważnie, czy błaga.
Doktor Paloma odwróciła wzrok.
Esperanza patrzyła na trumnę, jakby była uchwytem we śnie, z którego nie mogła się obudzić.
„Dlaczego ojciec Anselmo jest w to zamieszany?” zapytał cienkim, niemal dziecinnym głosem.
Matka Caridad nie mogła odpowiedzieć wystarczająco delikatnie, więc po prostu odrzekła.
„Ponieważ ktoś wykorzystał to, co z niego zostało, po jego odejściu”.
Wyrok wszedł do krypty i tam pozostał.
Esperanza mrugnęła raz, potem drugi, jakby jej umysł nie chciał zrozumieć tych słów.
„Nie” – powiedział cicho. „Nie, mamo. Moje dzieci były darem”.
Matka Caridad podeszła bliżej i wzięła go za rękę.
„Dary. Ale sposób, w jaki do ciebie trafiły, nie był święty”.
Doktor Paloma wydała z siebie cichy dźwięk, być może w geście protestu, być może ze wstydu, ale nikt się do niej nie zwrócił.
Siostra Inés przyniosła kancludę z magazynu i cicho płacząc, podała ją Matce Caridad.